Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Feeria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Feeria. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 lipca 2017

Chris Russell - Piosenki o dziewczynie

Do tej pory Charlie najlepiej czuła się schowana za obiektywem swojego aparatu – niewidzialna i niesłyszalna. Wcale nie chciała robić zdjęć na koncercie Fire&Lights, chociaż poprosił ją o to Olly, dawny kolega ze szkoły, a obecnie członek zespołu. Ktoś ją w to wrobił i nie mogła już odmówić. Szalony, charyzmatyczny Gabe sprawia, że jej życie zmienia bieg. Charlie czuje, że jest między nimi niezwykła bliskość, związek, który trudno wytłumaczyć. Dlaczego wszystkie teksty Gabe’a są o niej? Jaka tajemnica kryje się w ich słowach?

Odkąd usłyszałam o Piosenkach o dziewczynie zastanawiałam się, czy nie będzie to czasem kolejny romans młodzieżowych jakich jest przecież od groma i jeszcze trochę. Jednak stwierdziłam, że spróbuję, chociażby ze względu na to, że Charlie, podobnie do mnie, pasjonuje się fotografią. I muszę przyznać, że Chris Russell spisał się naprawdę wyśmienicie. Zżyłam się z bohaterami, a historię pokochałam całym sercem. Naprawdę trudno było się oderwać.

Zacznijmy od tego, że autor pisał z punktu widzenia dziewczyny, Charlie, i całkiem dobrze sobie poradził. Wygląda na to, iż nie tak trudno jest rozszyfrować kobiety! Piosenki o dziewczynie to "zwykła" młodzieżówka, pełna jednak zaskoczeń i tajemnic które poznają bohaterowie. Nie zabrakło momentach w których siedziałam z ustami ułożonymi w idealne "O" zastanawiając się, co tam się właśnie wydarzyło.

Postacie są bardzo dobrze wykreowane - wielobarwne, ze swoimi szczególnymi cechami. Główną bohaterkę naprawdę polubiłam choć wydaje mi się, że jest troszkę specyficzna -  za wszelką cenę chce pozostać anonimowa, a nie raz wypomina jaka jest samotna. Członkowie Fire & Lights są świetni, każdy wyjątkowy na swój sposób. Trudno ich nie polubić! Z wyjątkiem Gabe'a którego po prostu nie potrafię zdzierżyć, nie wiadomo ile bym się starała. Po prostu nie. No i jest jeszcze jedna osoba która niezbyt mi się spodobała - kiedy poznacie książkę, na pewno będziecie wiedzieli kogo mam na myśli.

Piosenki o dziewczynie są idealną pozycją dla młodzieży która lubi romanse z odrobiną akcji. Uwierzcie mi, że przy tej powieści nie raz będziecie wzdychać z rozmarzeniem. Zalety zdecydowanie przeważają nad wadami, których prawie nie ma. Nie wątpię, że kiedyś powrócę do książki Chrisa Russella, a tymczasem z zapartym tchem czekam na kontynuację!




8/10




"Czasami musisz tylko znaleźć coś, o czym możesz napisać." 




Piosenki o dziewczynie
Piosenki o dziewczynie | Songs About Us



Za możliwość stania się fotografem Fire & Lights dziękuję wydawnictwu Feeria!

piątek, 30 grudnia 2016

Przedpremierowo: Louise O'Neill - Sama się prosiła

Pewnego dnia, po imprezie, Emma O’Donovan budzi się na progu swojego domu, a właściwie znajdują ją tam rodzice. Dziewczyna krwawi, jest brudna i zdezorientowana. Pamięta, że była z przyjaciółkami na imprezie, ale nie ma pojęcia, co się właściwie wydarzyło. Wie tylko tyle, że nikt nie odpowiada na jej esemesy. Do tej pory wszyscy chcieli być blisko niej, teraz w szkole odwracają się od niej i szepczą za jej plecami. Nic nie pamięta z imprezy, ale ktoś wstawił na Facebooka jej zdjęcia. Zdjęcia, których nigdy nie zapomni.

Czytając opis myślałam, że jest to zupełnie inna opowieść. Jednak już od pierwszej strony wiedziałam, że się myliłam. Sama się prosiła ukazuje trudny temat, temat tabu, w inny sposób. Pokazuje, jak bardzo zostaje skrzywdzona ofiara, a to skutkuje nie tylko w prawdziwym życiu ale także  w Internecie. Zwłaszcza w Internecie. Oprócz głównego motywu pojawiają się tu także problemy z alkoholem, narkotykami, robienie wszystkiego, żeby tylko przypodobać się innym.

Louise O’Neill pisze w inny sposób niż autorzy, których znam. Siedzimy w głowie bohaterki, odczuwając dokładnie to co ona, podążając tym samym tokiem myślenia. Wydaje się wam, że to nic nowego, odkrywczego. Ja uważam, że jest w  tym coś, co się wyróżnia. Bitwy myśli, swoje zdanie. Mimo tego nadal mam wrażenie, że nie znam prawdziwej Emmy. Akcja toczy się szybko, zwłaszcza pierwsza część książki. Druga jest zaś w innym stylu, o wiele bardziej obrazująca całą sytuację.

Emma czyli główna bohaterka niesamowicie mnie irytowała. Zachowywała się egoistycznie i prowokująco, a potem była zdziwiona, że w końcu tak to się skończyła. Jeśli mam zadecydować po czyjej stoję stronie, to oczywiście wskażę Emmę, ale tytuł książki jest prawidłowy – sama się o to prosiła. Oprócz brata głównej bohaterki nie znalazłam nikogo, kto bardziej przypadł mi do gustu. Każdy w pewien sposób był fałszywy i dbał tylko o siebie. Nawet rodzice Emmy zamiast ją wspierać, odsunęli się od niej.

Nie jest to przyjemna, lekka historia. Wymaga ona o wiele więcej niż normalna książka. Jeśli macie słabe nerwy, lepiej po nią nie sięgajcie. Po przeczytaniu Sama się prosiła byłam zniesmaczona całą tą sytuacją, ale gdzieś w środku wiedziałam, że takie rzeczy naprawdę zdarzają się gdzieś na świecie. Jest to powieść która przede wszystkim zmusza do przemyśleń i otwiera oczy na niektóre sprawy. Pomimo wszystkiego nie mogłam się oderwać od czytania, chciałam wiedzieć co będzie dalej, a zakończenie mnie nie satysfakcjonuje. Nie zmienia to faktu, że warto zapoznać się z Sama się prosiła. Ostrzegam, że to nie jest powieść dla młodszych osób.





7/10



„Należę do tamtych chłopaków i czuję się tak, jak gdyby wypalili na mnie swoje piętno. Wycięli swoje imiona w moim sercu.”



PREMIERA 11 STYCZNIA!




Za możliwość poznania historii Emmy dziękuję wydawnictwu Feeria!

niedziela, 25 września 2016

C.C. Hunter - Prawie o północy

Ukryte przed światem Wodospady Cienia są tajną szkołą z internatem dla istot nadnaturalnych. Ale dla czwórki bardzo różniących się od siebie nastolatków to znacznie więcej niż tylko szkoła, to miejsce, w którym rozstrzygną się ich losy. Krnąbrna wampirzyca i wredna wilkołaczyca, które zupełnie nie mogły znaleźć sobie miejsca w świecie, czarownica kompletnie załamana tym, że jej zaklęcia nie działały zgodnie z zamierzeniem, i pewien przystojny nowy mieszkaniec obozu, któremu wbrew przeciwnościom udało się skraść czyjeś serce.

W Prawie o północy zostają przedstawione nieznane dotąd losy Delli Tsang, Frederiki Lakoty, Mirandy Kane i Chase'a Tallmana. Ich przeszłość, nim trafili do obozu w Wodospadach Cienia, i to, jak odnaleźli się w życiu. Zostałam miło zaskoczona przez historię Chase’a oraz Frederiki, a ich właśnie obawiałam się najbardziej. Podejrzewałam, że wcześniejsza niechęć do chłopaka powróci, zaś wilkołaczycy nie lubiłam już od początku. Każde z opowiadań zawarte w tym zbiorze jest oryginalne na swój sposób, wciągające i ukazujące inny punkt widzenia. Jako wiernej czytelniczce C.C. Hunter bardzo mi się spodobały.

Z „Przemienionej w ciemnościach” dowiadujemy się, w jaki sposób Della została wampirem i jak wyglądał cały ten proces. Jeśli mam wybrać najsłabsze opowiadanie ze zbioru to będzie właśnie ono. No ale wybaczam to autorce. Postanówmy, że to była tylko rozgrzewka.

„Uratowana o świcie” której najbardziej nie mogłam się doczekać! Pamiętacie, jak kiedyś nasza wampirzyca wybrała się na tajną misję dla JBF wraz z pewnym zmiennokształtnym? Oczywiście mowa tu o Steve, który wykazał się niesamowitą odwagą. To opowiadanie jest oryginalne, pełne akcji, lecz nie zabrakło tu także odrobiny humoru.

„Niezłomny” skupia się na Chase’ie i jego historii. Dowiadujemy się tu także o dotychczas ukrywanych przez niego tajemnicach. Niezwykłe jest to, że w tym przypadku pojawiają się także notatki ze strony internetowej, informujące o bieżących wydarzeniach w sprawie wypadku rodziny Tallmanów. Dzięki temu opowiadanie wyróżnia się na tle innych.

Następnie dla odmiany skupiamy się na czarownicy, Mirandzie i jej magicznym konkursie. „Czarująca” także jest tajemnicza i wciągająca. Z czasem zaczęłam się zastanawiać, w jaki sposób autorka w ciągu tak niewielu stron zdołała wyjaśnić tyle rzeczy! Ta historia dzieje się między „Wieczną” a „Niewypowiedzianą”, więc jest idealnym tego dopełnieniem, chociaż osobiście uważam, że powinno to być zawarte albo w drugiej albo w trzeciej części. Dlaczego? Często jest tu mowa o tych wydarzeniach, a  czytelnik nie ma pojęcia o co chodzi.

„Waleczna” opowiada o Frederice, której nigdy nie lubiłam. Po tym opowiadaniu jednak coś się we mnie zmieniło, być może dlatego, że poznałam ją z zupełnie innej strony, tej lepszej i o wiele ciekawszej. Przypomina trochę dziwne „love story”, ale całkowicie wciąga czytelnika.

Prawie o północy jest fajnym dopełnieniem dla osób, które lubią Wodospady Cienia. Język C.C. Hunter jak zwykle należy do tych przyjemnych, porywających, z nutką humoru i dramatyzmu. Ciekawe dopełnienie, to na pewno. Tylko pamiętajcie, żeby przeczytać to dopiero po Wodospadach Cienia: Po zmroku. Chyba nie chcecie natknąć się na jakiś spoiler?





7/10





„Szukam kogoś, kto mnie uszczęśliwi. Kto sprawi, że będę się śmiał. Kto rozumie sztukę. Kto wie, czym jest blizna… a czym nie. Szukam kogoś, kto sprawia, że wystarczy jedno spojrzenie, a moje serce znów jest w całości.”



Wodospady Cienia: Po zmroku
Odrodzona | Wieczna | Niewypowiedziana
Prawie o północy
Midnight Hour


Za możliwość poznania historii piątki bohaterów dziękuję wydawnictwu Feeria!



poniedziałek, 19 września 2016

Suzanne Young - Remedium

Siedemnastoletnia Quinlan McKee ma niezwykły dar i od lat z powodzeniem go wykorzystuje – niesie pocieszenie rodzinom zmarłych nastolatków. Pomaga krewnym przetrwać żałobę, wchodząc na pewien czas w rolę tych, którzy niedawno odeszli. Nosi ubrania i fryzury zmarłych, a obejrzawszy filmy i zdjęcia z ich udziałem, przejmuje ich zachowania. Czasem nawet zdarza jej się mylić swoją własną przeszłość z losami tych, których role odgrywa. Jest tylko jeden warunek: nie wolno jej się angażować emocjonalnie. Choć doskonale wie, że jest to surowo zabronione, to od kiedy stała się Cataliną Barnes, między nią a chłopakiem zmarłej dziewczyny zaczyna rodzić się więź. A to dopiero początek trudności. Bo gdy Quinlan poznaje prawdę o śmierci Cataliny, komplikacji przybywa.

Na początku tego roku przeczytałam „Plagę samobójców” która bardzo przypadła mi do gustu. Niedawno zaś poznałam kontynuację, na której bardzo się zawiodłam. Wiedząc jednak, że Remedium opowiada inną historię, z nie małym wahaniem sięgnęłam po tą pozycję. Po przeczytaniu kilku stron byłam naprawdę zdezorientowana. Wtedy też przeczytam początek opisu, uświadamiając sobie, dlaczego to jest takie dziwne. Im głębiej, tym bardziej traciłam kontrolę nad swoimi uczuciami. W pewnym momencie byłam bardzo przerażona wydarzeniami. Aż do tej pory nie wierzyłam, że można do tego stopnia zaangażować się w odgrywaną rolę.

Suzanne Young po raz kolejny przedstawia nam straszną przyszłość, opowiadając o tym w sposób bardzo realistyczny. Nie zdziwiłabym się, gdyby coś takiego naprawdę zaczęło się dziać. Zszokowana owszem, lecz nie zaskoczona. W tym kierunku zmierza nas świat. Autorka skupiła się na nawet najdrobniejszych szczegółach, idealnie dopracowując stworzoną przez nią powieść. Język jakim się posługuje na powrót stał się przyjemny, odrobinę tajemniczy. I do tego posiada niezwykłą zdolność manipulowania czytelnikiem.

Główną bohaterką jest Quinn, pracująca jako sobowtór. Jest zdecydowanie bardziej wyrazista niż bohaterka „Plagi …”, dzięki czemu poznawanie jej losów jest jeszcze ciekawsze. Polubiłam ją, udało się jej pozytywnie mnie zaskoczyć. Przez większą część książki przewija się Isaac, chłopak zmarłej Catailiny Barnes, którą odgrywa Quinlan. Na początku wydawał mi się interesującą postacią. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że dzieje się z nim zbyt wiele złych rzeczy. Kiedy zaczął zatapiać się w zaaranżowanym świecie,  zrobiłam się podejrzliwa. Okazało się, że jest on postacią zupełnie inną niż sobie wyobrażałam. Pojawia się także partner głównej bohaterki którego bardzo polubiłam, oraz jej „przyjaciel” który zupełnie nie przypadł mi do gustu.

Remedium jest o wiele mroczniejszą pozycją niż „Plaga …” oraz „Kuracja …” od razu wciągającą w wykreowany przez autorkę świat. Jest tu mnóstwo akcji, zagadek i tajemnic, które całkowicie zmienią punkt widzenia tej opowieści. Z tego co mi wiadomo, powinno się to czytać po przygodach Sloan. Przez to, że znam jej historię, niektóre rzeczy zostawały od razu rozwiązywane w mojej głowie. Uważam więc, iż można sięgnąć po Remedium wcześniej, przez co będzie się miało jeszcze więcej zagadek do rozwiązywania. Polecam, polecam, polecam!





9/10





„Staraliśmy się na nowo złożyć w jedną całość różne fragmenty nas, udając przy tym, że nie widzimy, jak bardzo jesteśmy pogruchotani w środku.”



Program




Za możliwość poznania Quinn dziękuję wydawnictwu Feeria!

piątek, 19 sierpnia 2016

C.C. Hunter - Odrodzona

Życie Delli było idealne: rodzina, chłopak, świetlana przyszłość. Po przemianie wszyscy, których kochała, odeszli. Dziewczyna znalazła schronienie w Wodospadach Cienia, obozie dla nastolatków o nadnaturalnych zdolnościach. Tam właśnie Della i jej przyjaciółki, Kylie i Miranda, leczą sobie nawzajem złamane serca śmiechem. Tam też Della zaczyna treningi, by pracować dla JBF. I nie życzy sobie, żeby coś ją od tego odrywało. Kiedy w obozie pojawia się nowy wampir, Chase, świat Delli pogrąża się w chaosie. Arogancki i irytująco seksowny Chase stanowi zagadkę… a Della lubi tylko te zagadki, które umie rozwiązać. Nie potrafi rozgryźć Chase’a, a przynajmniej nie wtedy, kiedy musi mierzyć się z nawiedzeniami, gangami wampirów i masą rodzinnych tajemnic. Czy uda jej się udowodnić, że nadaje się do JBF, przeżyć… i nie dać sobie złamać serca?

Jeśli śledzicie mojego bloga od dłuższego czasu, to zapewne wiecie, że seria „Wodospady Cienia” zajmuje szczególne miejsce w moim sercu. Dlatego z chęcią powróciłam do tego obozu, tym razem poznając go z perspektywy Delli, wampirzycy i przyjaciółki Kylie. I tym razem C.C. Hunter mnie nie zawiodła, idealnie kreując fabułę, od której nie można się oderwać. Naprawdę, pochłonęłam Odrodzoną w ciągu jednego dnia. Pomysł przeczytania  jej był trafem w dziesiątkę, a ponowne spotkanie z tymi bohaterami bardzo miłą odmianą.

C.C. Hunter napisała 5-tomową serię, a mimo tego jej pomysły nadal zaskakują. Fabuła jest oryginalna, dzięki czemu czytelnik może wreszcie poczuć „powiew świeżości” w literaturze młodzieżowej. Cały czas coś się dzieje, akcja gna do przodu i wciąga, nie dając chwili wytchnienia. Nie zabrakło także odrobiny humoru. Autorka doskonale wie, jak sprawić, że czytelnikowi przejdzie dreszcz po plecach.

W tej trylogii główną bohaterką jest Della Tsang, którą dzięki temu możemy lepiej poznać i wniknąć w jej umysł. Szczerze mówiąc, zawiodłam się na niej, głównie dlatego, że myśli jedno, robi drugie, a jej poczynania wiecznie są ze sobą sprzeczne. Zwłaszcza w kwestii Steve’a i Chase’a. Tego pierwszego, zmiennokształtnego, polubiłam od razu. Sposób w jaki chciał opiekować się Dellą i jak o nią dbał był po prostu uroczy. Natomiast Chase, wampir, od razu był u mnie na przegranej pozycji. Jest bardzo arogancki, a to w tym wypadku nie jest plusem, gdyż jest on taki do przesady niemiły. Jakoś niekoniecznie mnie do siebie przekonał.

Odrodzona jest ciekawym wstępem do Wodospadów Cienia: po zmroku, chociaż liczyłam na jeszcze więcej. C.C. Hunter zostawiła nierozwiązane zagadki, nad którymi czytelnik cały czas się głowi. Della i Chase okrutnie denerwowali mnie swoim zachowaniem, chociaż dałam radę bo bardziej skupiłam się na fabule. Ważna rzecz – jeśli nie czytaliście „Wodospadów Cienia”, a nie chcecie sobie tego zaspoilerować to nie sięgajcie po Odrodzoną. Jeśli zaś chcecie przeczytać tylko Wodospady Cienia: po zmroku, to jak najbardziej możecie, bez problemu zrozumiecie o co chodzi. Ja natomiast pragnę gorąco polecić Odrodzoną – mam nadzieję, że następne tomy trzymają poziom!          





7/10





„Jesteśmy wampirami. I wcale nie jesteśmy potworniejsi od innych gatunków. Włącznie z ludźmi. Dobro i zło nie są przypisane do konkretnego gatunku. Nigdy nie poddawaj tego w wątpliwość.”



Wodospady Cienia: po zmroku
Odrodzona | Wierna | Niewypowiedziana
Midnight Hour


Za możliwość poznania perspektywy Delli dziękuję wydawnictwu Feeria!


poniedziałek, 6 czerwca 2016

Rachel Van Dyken - Toxic

Gabe Hyde żyje na kredyt. Od czterech lat ukrywa swoją prawdziwą tożsamość przed światem, który niegdyś obsesyjnie go uwielbiał. Jeden niewłaściwy krok doprowadził go na skraj szaleństwa, krok, który na zawsze zmienił ścieżkę jego życia. Udawanie nie prowadzi do niczego dobrego, zwłaszcza, gdy grasz kogoś innego przed tymi, którym najbardziej na tobie zależy. Ale gdyby ktoś kiedyś odkrył prawdę, to nie jego życie stanęłoby pod znakiem zapytania – ale jej. Saylor nie nienawidzi mężczyzn. Tylko Gabe’a. Ten lekkomyślny, beztroski, w czepku urodzony gość to prawdziwa sól w jej oku. Który sprawia tylko, że wszystko coraz bardziej się gmatwa. Niestety, jest takie miejsce, w którym ich spotkania są nieuniknione. Dom opieki. Gdyby tylko tak się nawzajem nie pociągali… Im bliżej są ze sobą, tym więcej pytań powstaje w Saylor. Bo Gabe coś ukrywa.

Toxic jest jedną z trzech części trylogii „Zatraceni”. Każda z nich opowiada o kimś innym, a historie są ze sobą delikatnie związanie, więc bez przeszkód można je czytać nie w kolejności. „Utrata” okazała się ciekawą historią, jednak dla mnie za bardzo przesłodzoną. Toxic jest jednak zupełnym jej przeciwieństwem. Historia pełna mroku, tajemnic i trudnych tematów. Okazało się, że taka mieszanka spodobała mi się o wiele bardziej, mimo tego, że była odrobinę przerażająca, jednak nie w sposób fantastyczny, a realistyczny. Rachel Van Dyken pokazała, co życie potrafi zrobić z ludźmi. Nie jest to najłatwiejszy temat, więc podziwiam autorkę za to, że zdecydowała się go pokazać i cóż, wyszło jej to bardzo dobrze.

Rachel Van Dyken pisze bardzo przyjemnym i lekkim w odbiorze językiem, dzięki czemu łatwiej jest się wciągnąć. Muszę także przyznać, że udało się jej mnie zaskoczyć, jeśli chodzi o większość tajemnic, a to zdarza się rzadko. Historia przedstawiona w Toxic jest pełna przenośni, pokazuje, jak głupia decyzja może wszystko zmienić, zmusza do przemyśleń. Wbrew wszystkiemu nie jest to płytka książka, opowiadająca o „złym chłopcu” i „grzecznej dziewczynce”.

Gabe’a lubiłam odkąd pierwszy raz pojawił się w „Utracie”. Pełen sarkazmu i tajemnic, które wręcz do niego przyciągają i zachęcają do poznania jego całej historii. Saylor jest za to trochę szalona ale także rozważna i uparta. Muszę przyznać, że w jakimś stopniu nawet się z nią utożsamiłam. Okazała się ciekawą bohaterką, której po prostu nie da się nie polubić. Spodobało mi się to, że w Toxic poznajemy prawdziwego Gabe’a. Tak jak wspominałam, pojawiają się tutaj osoby z „Utraty” bo mimo tego, że niektórzy mnie odrobinę denerwowali, miło było znów ich spotkać.

Toxic jest ciekawą książką z morałem, lepszą od poprzedniczki i pełną tajemnic. Główni bohaterowie od razu przypadną Czytelnikowi do gustu, a opowieść wciągnie go już od pierwszych stron. Widać, że autorka długo pracowała nad tą powieścią, gdyż większość rzeczy jest dopięta na ostatni guzik, dzięki czemu jest tu minimalna liczba niedociągnięć. Jeśli chcecie sięgnąć po Toxic bez czytania „Utraty” to jak najbardziej możecie to zrobić, chociaż trochę sobie zaspoilerujecie poprzednią część. Jeśli ktoś lubi mroczne historie, to jak najbardziej polecam.





7/10





„(…) samo imię nie zmieni człowieka, nieważne, jak bardzo tego chce.”



Zatraceni
Utrata | Toxic | Wstyd




Za możliwość bliższego poznania Gabe’a dziękuję wydawnictwu Feeria!



piątek, 3 czerwca 2016

Suzanne Young - Kuracja samobójców

Sloane i James uciekli przed epidemią i programem, ale nie udało im się uciec przed niebezpieczeństwem. Bo program nie chce o nich zapomnieć… Teraz, dołączywszy do grupy buntowników, muszą uważać na to, komu mogą zaufać, i znaleźć sposób na obalenie programu i powstrzymanie epidemii. A to jest bardzo trudne, gdy w pamięci mają tyle białych plam. Pomóc im może tylko Kuracja – tajemnicza tabletka, która może przywrócić wspomnienia. Za bardzo wysoką cenę. I istnieje tylko jedna dawka.

Odkąd w dwa dni pochłonęłam „Plagę samobójców” nie mogłam doczekać się kontynuacji, w której pokładałam wielkie nadzieje. Kurację samobójców skończyłam jakiś czas temu i nadal uważam to samo – ta książka była średnia. Pierwsza część była niesamowita, więc miałam cichą nadzieję, że Suzanne Young utrzyma poziom. Akcja nie jest zbyt wciągająca, do tego bardzo przewidywalna. Historia się powtarza, a zakończenie znałam już od połowy książki, jeśli nie wcześniej. Brakuje mi najważniejszej części, zakończenie jest więc niepełne. Jednak nie to było najgorsze. Najbardziej denerwowali mnie Sloane i James i ich różowa, cukierkowa miłość.

W naszym polskim wydaniu, oprócz kontynuacji „Plagi samobójców” znajdziemy także krótki dodatek pod tytułem „Rehabilitacja” który jest okej, ale poziom jest taki sam co w książce. Miałam wrażenie, że ta powieść została napisana na siłę, bez wcześniejszego przemyślenia. Wiele się zmieniło, historia jest nużąca, a Czytelnik niekoniecznie ma ochotę czytać dalej. Mam wrażenie, że sposób pisania autorki także stał się niezbyt ciekawy, szary, nie dający wyobrazić sobie zbyt wiele. Możliwe, że miałam po prostu za duże wymagania. Ale widzę znaczną różnicę. Wyobrażałam sobie, że akcja potoczy się inaczej, niestety się pomyliłam i zawiodłam.

Już na początku poznajemy dwóch nowych bohaterów – Casa oraz Dallas. Są to osoby o zupełnie innym charakterze. Casa polubiłam praktycznie od początku, jednak z Dallas nie za bardzo było nam po drodze. Nawet po tym, jak poznałam jej historię, to niekoniecznie ją lubiłam, zwłaszcza, że wydawała mi się sztuczna. Udawanie złej dziewczyny nie było dobrym pomysłem. Prawdopodobnie gdyby była inna, polubiłabym ją, jednak w takim przypadku nie potrafię. Sloane i James w Kuracji samobójców są beznadziejni – zarówno razem jak i osobno. Cały czas się nad sobą użalają i marudzą. Ich związek jest za to przeokropnie przesłodzony. Naprawdę strasznie działali mi na nerwy. Tak samo Realm.

Sama w sobie fabuła jest ciekawa i pomysłowa, to prawda. Pierwsza część powaliła mnie na kolana, kontynuacji się to jednak nie udało, chociaż tego oczekiwałam. Postacie stały się zbyt irytujące, a akcja nabrała ślimaczego tempa. Przez całą lekturę miałam wrażenie, że Kuracja samobójców jest pisana na siłę, a Suzanne po prostu nie ma pomysłu, co zawrzeć w książce. Gdyby autorka zrobiłaby sobie przerwę, wyszłoby jej to lepiej, jestem tego pewna. Duży potencjał, niestety, nie do końca wykorzystany.





6/10





„Nasz obłęd musi po prostu przewyższyć szaleństwo programu.”



Program



Za możliwość zakończenia przygody z Sloane dziękuję wydawnictwu Feeria!

sobota, 2 kwietnia 2016

Marie Rutkoski - Pojedynek

Ona, córka generała, Valorianka, z ludu zwycięzców, która cieszy się w swoim świecie wieloma przywilejami i wiedzie pozbawione trosk życie pełne zabaw. On, niewolnik, Herrańczyk. Nie ma nic własnego, poza nieposkromionym duchem. Pozornie nic ich nie łączy – a jednak pochopnie podjęta decyzja wiąże ich węzłem mocniejszym, niż można by przypuszczać. Nie mogą nic poradzić na to, że między nimi rodzi się uczucie. Ale pochodzą z wrogich sobie ludów.  By być razem – muszą zdradzić swoich. A w imię patriotycznej lojalności – muszą zdradzić siebie nawzajem. Zajadłe pojedynki, podstępne salonowe gry, pozornie beztroskie bale, brudne plotki, tajemnice poliszynela i dzika rewolta – to wszystko wkrótce wypełni ich życie. Gdy stawką jest wszystko, wolałbyś zachować głowę czy stracić serce?

Pojedynek chciałam przeczytać jeszcze za nim dowiedziałam się, że ukaże się w Polsce. Wszyscy za granicą zachwycali się tą powieścią, a więc nie mogłam się doczekać na to, aż wreszcie wpadnie w moje ręce. Udało mi się ją przeczytać, kiedy byłam chora, i niestety się zawiodłam. Spodziewałam się  czegoś oryginalnego, co mnie zaskoczy i od czego nie będę się mogła oderwać. Owszem, świat jest przedstawiony bardzo ciekawie i oryginalnie – prezentuje się najlepiej z całej książki. Niestety akcja bardzo mi się wlekła i po prostu nie mogłam się „wczuć”. Styl pisania Marie Rutkoski zdecydowanie mi tego nie ułatwiał. Wydawał się przyjemny, niestety, czytanie jednej strony zajmowało mi zdecydowanie za dużo czasu, a sprawiało za mało przyjemności.

Przez to języka autorki nie zaliczyłabym do najprostszego. Świat wykreowany przez Marie Rutkoski naprawdę jest niesamowity. Nie została stworzona tylko miejscowość, ale także cała jej historia. W książce znajdziemy także mapę, która na chwilę obecną niezbyt nam się przydaje, lecz mam nadzieję, że w kontynuacji będzie ona niezbędna. Minusem Pojedynku jest zdecydowanie akcja która gna na łeb, na szyję. Czytelnik ledwo zdążył się „połapać” w jedynej sytuacji, a już zaczyna się następna – naprawdę nie ma chwili wytchnienia. To nie jest film i historia powinna momentami zwolnić. Być może autorka miała nadzieję, że dzięki temu Czytelnik nie będzie mógł się oderwać od lektury, niestety, przeceniła swoje możliwości.

Bohaterowie są ciekawie wykreowani, jednak nie za bardzo ich polubiłam. Po dłuższym zastanowieniu mogę powiedzieć, że prawdopodobnie jedynymi postaciami z Pojedynku które naprawdę polubiłam są przyjaciele Kestrel – Jess i Ronan. To właśnie oni wnieśli wiele pozytywnej energii do książki pani Rutkoski. Główna bohaterka wydaje mi się odrobinę lekkomyślna, chociaż czasami wykazuje się niezwykłą zdolnością logicznego myślenia. Co nie zmienia faktu, że przez większość książki wydawała mi się o wiele mniejsza, zagubiona i za bardzo łatwowierna. Ronan jest postacią która po prostu roztapia serce każdej Czytelniczki, jednak Arien nie przypadł mi do gustu. Miałam wrażenie, że właściwie nie wie po czyjej stronie stoi i co tak właściwie czuje.

Pojedynek jest dobrą książką, chociaż oczekiwałam od autorki o wiele, wiele więcej. Miałam nadzieję, że co chwilę będę mówić „och”, a tak naprawdę podczas czytania nie czułam nic szczególnego. A to sobie bardzo cenię w każdej powieści – kiedy książka wzbudza w czytelnikach prawdziwe emocje i sprawia, że będzie tęsknił za tą historią. Nie czuję czegoś takiego. W sumie gdybym chciała, to mogłabym odłożyć Pojedynek na bok i o nim zapomnieć. Ale nie zrobię tego, bo widzę w tej historii naprawdę duży potencjał. Mam nadzieję, że w kontynuacji autorka go wykorzysta, a ja całkowicie dam się porwać tej powieści. Na razie mam dość mieszane uczucia.





6/10





„Ludzie przebywający w jasno oświetlonych miejscach nie dostrzegają tego, co skrywa się w mroku.”



Niezwyciężona
Pojedynek | Zdrada | The Winner’s Kiss




Za możliwość poznania Valorian i Herrańczyków dziękuję wydawnictwu Feeria!

wtorek, 8 marca 2016

Lauren Miller - Aplikacja

Oto czasy, w których wielki koncern Gnosis, następca firm Apple i Google, wprowadził na rynek najbardziej rewolucyjne narzędzie wszech czasów: aplikację Lux. Ten innowacyjny program optymalizuje podejmowanie decyzji przez użytkownika, biorąc pod uwagę jego dobro i preferencje osobiste, co ma dać najlepsze możliwe rezultaty. 16-letnia Rory uważa za oczywiste to, że aplikacja Lux stanowi klucz do zdrowego i szczęśliwego życia. Kiedy zostaje przyjęta do elitarnej Akademii Theden, wydaje się, że rysuje się przed nią przyszłość doskonała. Ale w tej idealnej, wymarzonej szkole pod gładką powierzchnią czai się coś złego. Potem Rory poznaje Northa, przystojniaka z miasta, który prowadzi życie outsidera i – o zgrozo! – nie korzysta z Luxa, co fascynuje dziewczynę. Wkrótce bohaterka zaczyna postępować wbrew rekomendacjom aplikacji – zaczyna słuchać głosu intuicji, którą nauczono ją ignorować. Ten wybór poprowadzi ją do odkrycia prawdy, której ani ona, ani nikt inny nie mógł się spodziewać.

Aplikacja już od początku wydawała się powieścią, w której będzie działo się coś oryginalnego. Kiedy zaczynałam ją czytać, miałam wrażenie, że to początek kolejnej trylogii/serii. Jednak po dowiedzeniu się, że to pojedyncza powieść, wciągnęłam się jeszcze bardziej. Zdaję sobie sprawę z tego, że brzmi to dość dziwnie . Ale okazuje się, że podczas poznawania z jednotomową książką, Czytelnik zwraca uwagę na każdy szczegół, nawet ten najmniejszy. Podczas czytania Aplikacji, zauważyłam zmianę w swoim zachowaniu i postrzeganiu tego, co wcześniej wydawało mi się całkiem normalne. Gdzie się nie obejrzałam, tam widziałam ludzi wpatrzonych w ekrany telefonów lub tabletów, nawet na przejściu dla pieszych, nie zwracających uwagi na świat wokół nich. Odbyłam także z moim tatą długą rozmowę na temat tego, jak będzie wyglądać przyszłość i doszliśmy do wniosku, że to co dzieje się w Aplikacji, prawdopodobnie ziści się już niedługo.

Temat aplikacji kierującej życiem nie jest zwykłym tematem. Większość czytelników uzna tą książkę za fajną młodzieżówkę. Jednak zapewne nie wiele osób zda sobie sprawę, że to jest wizja przyszłości. Jeśli nic się nie zmieni, to na pewno pojawi się taka aplikacja, a społeczność do końca uzależni się od telefonów i Internetu. Okazuje się więc, że Aplikacja jest książką zmuszającą do zatrzymania się na chwilę i przemyślenia tego. Zauważyłam to, że wcześniej w prawie każdej wolnej chwili sięgałam po telefon, żeby sprawdzić co się dzieje na świecie. Odkąd jednak skończyłam czytać tę powieść, robię (a przynajmniej się staram) robić to o wiele rzadziej. Lauren Miller pisze przyjemnym językiem, a Aplikacja jest okryta delikatną warstwą tajemnicy, dzięki czemu zagłębianie się w te wszystkie spiski staje się ciekawą przygodą. Nie zabraknie także niespodzianek – miłych, a także odrobinę przerażających.

Główną bohaterką jest 16-letnia Rory, która nie wyobraża sobie życia bez Luxa. Pyta go o wszystko – w ile minut dojdzie do szkoły, czy może się z kimś spotkać, co zjeść i czego się napić. Jest to odrobinę przerażające zachowanie, chociaż sama postać bardzo przypadła mi do gustu. Nawet czułam z nią jakąś więź. Beck jest jej najlepszym przyjacielem, którego również polubiłam. Następnie mamy egocentryczną Hershey, która od momentu naszego spotkania bardzo mnie denerwowała i nie dostrzegała nic poza nią samą. Oprócz tego czytelnik ma możliwość poznania kilkunastu innych osób. Każdy z nich jest inny, czymś się wyróżniający, nawet jeśli jest to mały szczegół. Łatwo dostrzec zmianę jaka zachodzi w głównych postaciach i zobaczyć, jak bardzo jeden, na pozór nie istotny szczegół, odmienia ich życie.

Aplikacja jest powieścią, która nie grzeszy piękną okładką, ale ma za to piękną treść, która chwyta za serce i zmienia człowieka. Jest tu wątek miłosny, który jednak nie jest głównym elementem, ale stanowi miłą odmianę od tych wszystkich zagadek i tajemnic. Lektura, która zmusza do zastanowienia się nad własnym postępowaniem, w niezbyt delikatny sposób sugerująca, co się stanie, jeśli się nie zmienimy. Dzieje się tu tyle rzeczy, tyle niesamowitych przygód, że aż nie sposób tego opisać. Napisałam tu tyle informacji, że to zdecydowanie powinno Was   zachęcić. A teraz wyłączcie komputer i idźcie porozmawiać z rodzeństwem, rodzicami czy przyjaciółmi. Odłóżcie telefon i wybierzcie się na spacer, poczytajcie książkę, obejrzyjcie film. Odpocznijcie.





8/10






„Ile razy mi się zdaje, że już dochodzę do prawdy, przekonuję się, że mam tyle, co nic.”





Za możliwość skorzystania z Luxa dziękuję wydawnictwu Feeria!

środa, 3 lutego 2016

C.C. Hunter - Wybrana o zmroku



W Wodospadach Cienia Kylie odkryła świat o wiele dziwniejszy, niż kiedykolwiek mogłaby się spodziewać. Czy kiedykolwiek wyobrażała sobie, że jej najlepszymi przyjaciółkami będą wampirzyca i czarownica? Czy myślała, że będzie uciekać przed wrogiem i mierzyć się z własnym dziedzictwem i mocą? Czy kiedykolwiek śniła o dokonywaniu wyboru między wilkołakiem, który złamał jej serce, ale za wszelką cenę chce ją odzyskać, a półelfem, który był przy niej, ale wycofał się, zanim los dał im szansę? Kylie musiała opuścić Wodospady Cienia ze swoją rodziną. Gdy na jej trop wpada najpotężniejszy wróg, dziewczyna widzi przed sobą tylko jedną możliwość: musi przejść przemianę i w pełni zawładnąć swoją mocą. Tylko to pozwoli jej powstrzymać Maria. Jej podróż ku własnej tożsamości nie zakończy się jednak, dopóki jej serce nie dokona ostatecznego wyboru. 

Wodospady Cienia to seria która dała mi naprawdę wiele, a tym samym ujęła mnie za serce. Długo odmawiałam sobie możliwości przeczytania ostatniej części, nie chcąc zakończyć tej niesamowitej recenzji. Ale w końcu nadszedł ten czas, kiedy sięgnęłam po Wybraną o zmroku i ostatni raz udałam się z Kylie do Wodospadów Cienia. Mimo tego, że to już koniec, ta niesamowita historia która nieraz wywoływała ciarki na moich plecach na długo zostanie w mojej pamięci. Z jednej strony z chęcią przeczytałabym jakieś opowiadanie, a nawet powieść, o tym, co się dzieje po zakończeniu Wybranej o zmierzchu – tak gdzieś 5 lat później, ale z drugiej strony cieszę się z tego, jak się skończyło. Sama nie wymyśliłabym lepszego zakończenia.

Podziwiam C.C. Hunter za to, że od początku podchodzi do pisania z ogromnym zaangażowaniem, wkładając w to całe serce. Może trochę dziwnie to brzmi, w końcu jej nie znam. Jednak podczas czytania nietrudno zauważyć, czy autor pisał po prostu, bo chciał, czy pisał i włożył w to całe serce, całego siebie, starając się dopracować każdy szczegół – od bohaterów po kolor ścian w gabinecie. Nie jestem pewna, ale prawdopodobnie mówiłam to już w którejś recenzji. Mianowicie chodzi o to, że czytając książki spod pióra pani Hunter ma się wrażenie, jakby oglądało się film. I w dodatku w 3D. Może według was to niezbyt trafne porównanie, przecież większość „książkoholików” nie potrafi docenić ekranizacji powieści. Jednak ja osobiście z chęcią zobaczyłabym filmową wersję Wodospadów Cienia. 

Po przeczytaniu kilku stron zaczęłam się bać, że mimo tego, iż Wybrana o zmroku jest ostatnią częścią, to i tak Kylie będzie się nadal zastanawiać kogo wybrać. Jednak się myliłam, gdyż Derekowi już na tym nie zależało. Pogodził się z tym i starał się być jak najlepszym przyjacielem, przez co wreszcie znów go polubiłam. No i Lucas, którego całkowicie uwielbiam. Mimo tego, że wcześniej postąpił okropnie, cały czas miałam wrażenie, że to nie była jego wina. Więc za każdym razem kiedy pojawiał się w obecności Kylie, moje serce miękło i zastanawiałam się, kiedy dziewczyna wreszcie mu wybaczy. Uważam, że idealnie do siebie pasują i nic tego nie zmieni. 

Powiem wam w tajemnicy, że rzadko zaznaczam cytaty w książkach. Jeśli już, to są to pojedyncze zdania wpisywane do telefonu. Obecnie mój egzemplarz Wybranej o zmroku liczy 10 karteczek, chociaż gdyby nie moje wciągnięcie to byłoby ich o wiele, wiele więcej.

Będzie mi tego brakować. Całej tej atmosfery i wyczekiwania na następne części. Co prawda są „Wodospady Cienia: Po zmroku” ale to już nie to samo. Della, to nie Kylie. Nawet nie wiecie jak się cieszę, że skusiłam się na Urodzoną o północy. Mimo tego, że spotkania z duchami za każdym razem mnie przerażały, a po plecach przechodziły ciarki, ja z chęcią czytałam dalej i dalej nie chcąc na chwilę ani na chwilę odłożyć książki. Jestem pewna, że skoro dotarliście to tej recenzji, to pewnie czytaliście poprzednie części, więc nie mogę radzić Wam, żebyście przeczytali Wodospady Cienia. Mam nadzieję, że Wasza przygoda z Wodospadami również się udała i na zawsze pozostanie w waszych cieplutkich sercach. W moim także. 





8/10





„Bo gdy się kogoś kocha, to się mu wybacza.”




Wodospady Cienia



Za możliwość zakończenia przygody z Wodospadami Cienia dziękuję wydawnictwu Feeria!

wtorek, 19 stycznia 2016

Michelle Falkoff - Playlist for the Dead


Pukasz do drzwi. Otwiera ci mama twojego najlepszego przyjaciela. Wita cię delikatnym uśmiechem, oznajmiając, że on jeszcze śpi. Postanawiasz go obudzić. Przekraczasz próg domu i kierujesz się na schody. Podczas przemierzania następnych stopni starasz się wymyślić głupie hasło, którym obudzisz swojego przyjaciela. Naciskasz klamkę, a drzwi bez problemu ustępują. Podchodzisz do łóżka. Twój przyjaciel jest przykryty kołdrą i wygląda, że całkiem mocno śpi, chociaż jest popołudniowa godzina. Nagle wykrzykujesz coś głupiego, z nadzieją, że się odwróci w twoją stronę i rzuci w ciebie poduszką. Ale tak się nie dzieje. Powtarzasz czynność. Nic. Klepiesz go po ramieniu, ale nie daje żadnego znaku życia. I wtedy zdajesz sobie sprawę co się stało. Wysłuchujesz bicia serca, ale jedyne co słyszysz, to głucha cisza.

            Najpierw  była  impreza. Potem  bójka. Następnego  ranka  Hayden,  najlepszy przyjaciel  Sama, nie żyje. Zostawił tylko playlistę  z  dołączonym liścikiem:  „Dla Sama  – posłuchaj, a  zrozumiesz”. Chcąc poznać prawdę o tym, co się wydarzyło, Sam musi  polegać na piosenkach  z  listy  i  własnych wspomnieniach.  Z  każdym kolejnym  utworem  jednak  uświadamia sobie, że jego pamięć nie jest  tak wiarygodna, jak sądził.  I że uda  mu  się  poskładać  historię swojego przyjaciela z rozrzuconych kawałków tylko wtedy, gdy wyjmie  z uszu  słuchawki  i otworzy oczy na ludzi dookoła. I że to może zmienić jego własną historię.

           Rzeczą która sprawiła, że Playlist for the Dead trafiła na moje listy „chcę przeczytać” i „muszę mieć” był intrygujący opis. Czasami jest taki czas, że ma się ochotę przeczytać coś poważniejszego niż normalne młodzieżówki, ale nie będące powieścią nie wiadomo jak wyszukaną, czy skierowaną do starszych odbiorców. Więc na mój telefon trafił przedpremierowy ebook. Wiecie, że czytanie na telefonie nie jest proste. Ale książka pani Falkoff tak mnie wciągnęła, że zajęło mi to o wiele krócej niż przypuszczałam. I do tego świetnie dopasowana muzyka, która towarzyszyła mi gdzieś od połowy historii Sama. Dzięki temu poznałam wiele świetnych utworów. Zdajecie sobie sprawę, że czytałam to przedpremierowo w październiku, prawda? A recenzja ukazuje się dopiero teraz. Cały czas mam mętlik w głowie i za żadne skarby nie wiem jak zasklepić dziurę w moim sercu, która powstała po skończeniu Playlist for the Dead.

Michelle pisze bardzo przystępnym językiem, który przyjemnie się czyta. Widać, że autorka starała się podejść do całej tej sprawy z młodzieżowego punktu widzenia – przecież zarówno Sam jak i Hayden byli nastolatkami. I udało się. Moje osobiste myśli były bardzo podobne do tego, co sądził główny bohater. Przez prawie całą lekturę miałam wrażenie, że ktoś siedzi przede mną i mi to opowiada, zupełnie, jakby zdarzyło się naprawdę. Nieraz miałam łzy w oczach, ale często miałam także ochotę się pośmiać. W końcu co to za książka bez odrobiny humoru? 

Książka pod patronatem Boook Reviews
Postacie są bardzo dobrze wykreowane. Uporczywie szukam czegoś, do czego mogłabym się przyczepić i ponarzekać, ale trudno mi coś takiego znaleźć. Główny bohater, Sam, przeżywa śmierć przyjaciela, więc przepełniają go emocje, które są praktycznie namacalne. Postać Astrid, pozytywnie zakręconej dziewczyny, bardzo mi się spodobała. Była pewna swoich przekonań, ale nieśmiała w innych sprawach. Czułam nawet minimalne podobieństwo do niej. Widać, że Falkoff spędziła dużo czasu na tworzeniu bohaterów, gdyż Czytelnik ma wrażenie, że są oni z krwi i kości i nie pojawiają się jedynie na kartach Playlist for the Dead.

           Od pierwszych stron powieści wiedziałam, że Playlist for the Dead nie będzie łatwą lekturą. Prawdę mówiąc, żadna powieść skupiająca się na śmierci nie jest prosta. Książka autorstwa Michelle Falkoff jest zawiłą, tajemniczą ale i poruszającą historią. Playlist for the Dead nie jest zwykłą powieścią. Opowiada o rzeczach, z którymi boryka się duża liczba ludzi, nie tylko nastolatków. Pełna emocji narracja sprawia, że  czytelnik często ma ochotę zamknąć się w pokoju i zacząć rozmyślać. Nie wiem, czy zakończenie mogę zaliczyć do "Happy Endu", ale powiedzmy sobie prawdę. Życie to nie jest bajka, a Falkoff idealnie to ukazała. Moja rada brzmi tak na dziś: czym prędzej to przeczytajcie.





8/10





„Wiedziałam, że już nigdy nie będę tą samą osobą co wcześniej, i było dla mnie ważne, aby wszyscy to zrozumieli.”


 
Za możliwość wysłuchania tej niezwykłej playlisty dziękuję wydawnictwu Feeria!