wtorek, 7 kwietnia 2015

Soman Chainani - Akademia Dobra i Zła



Za górami, za lasami, była sobie kraina zwana Lasem Za Światem. Rodzili się tam i żyli całkiem zwyczajni ludzie, zwani Czytelnikami. Uwielbiali oni bowiem czytać baśnie. Już jako małe dzieci do ich ulubionych zajęć należało przekartkowywanie książek w poszukiwaniu malowniczych ilustracji. Jednak co cztery lata pojawiała się nowa baśń, nie wiadomo skąd, ani od kogo. Niekiedy buzie z obrazków wydawały im się znajome, innym razem zupełnie nowe. Co cztery lata nadarzała się okazja, aby dwoje dzieci, jedno Dobre, drugie Złe, poznało sekret nowych baśni. Może tym razem Ty zostaniesz porwany?

Tego roku, najlepsze przyjaciółki Sofia i Agata dowiedzą się dokąd trafiają po skończeniu trzynastu lat wszystkie zaginione dzieci. Do legendarnej Akademii Dobra i Zła, w której zwyczajni chłopcy i zwyczajne dziewczynki są szkolone by zostać albo bajkowymi bohaterami, albo wielkimi złoczyńcami. Sofia, najładniejsza dziewczyna w całym Gavaldonie całe dotychczasowe życie marzyła żeby zostać już porwaną i trafić do zaczarowanego świata. Ze swoimi różowymi sukienkami, dobrymi stopniami i skłonnością do dobrych uczynków, wie, że ma szansę dostać się do szkoły Dobra i w efekcie zostać księżniczką z bajek. Z kolei Agata gustująca w mrocznych strojach i czarnych kotach, pełna niechęci do wszystkich napotkanych na jej drodze istot, myśli, że trafi do szkoły Zła, jednak staje się zupełnie inaczej. 

Na pierwszy rzut oka Akademia Dobra i Zła to lekka książka dla dzieci, przypominająca baśń. Dokładnie tak odbieram tą historię. Ostatnio ciągnie mnie do powieści trochę bardziej zawiłych, z dużą dawką akcji (czyżby efekt ponownego czytania Pottera?), ale Akademia to niestety nie jest to. Prawdę mówiąc, trochę obawiałam się, czy to będzie tak dobre. Niedługo po tym, jak ta powieść do mnie przywędrowała naczytałam się dużo nieprzychylnych opinii, więc nie postawiłam poprzeczki zbyt wysoko. Co prawda, nie jestem lekturą zachwycona, tak jak to było planowane na początku, ale z pewnością czuję się jak usatysfakcjonowany czytelnik. 

Soman Chainani ma bardzo płynny i przyjemny język. W Akademii jest dużo opisów, co sprawia, że samo czytanie zajmuje nam bardzo mało czasu. Dzięki temu zabiegowi Czytelnik może także poznać świat przedstawiony. Jest rzecz którą nie do końca rozumiem. Skoro cała ta spółka z Akademii ma 12 lat, to dlaczego uczennice Dobra malują się jak 16latki, uczennica Zła panikuje gdy brak jej różu, a chłopcy (jest po podkreślone na każdej stronie – chłopcy i dziewczynki, a nie chłopaki i dziewczyny) ni stąd ni zowąd wyciągają miecz z pochwy i toczą wielką bitwę. Normalne? Według autora całkiem. Niestety rzeczą która mnie bardzo zawiodła było to, że większa część książki jest opowiadana z perspektywy tej denerwującej bohaterki – Sofii.

Jeśli już zeszliśmy na temat bohaterów, zostańmy przy nim na chwilę. Mamy dwie główne postacie – Sofię i Agatę. Jedna jest okropną egoistką, taką, że to jest aż denerwujące, druga zaś jest jej zupełnym odzwierciedleniem. Z tych dwóch zdecydowanie polubiłam Agatę, chociaż czasami jest za bardzo ufna. Na początku ma taki „zadziorny” charakter, ale z czasem odniosłam wrażenie, że robi wszystko, byleby nie stracić swojej przyjaciółki. Sofia zaś najpierw wmawia wszystkim, że są przyjaciółkami, później się tego wypiera, ale jak przyjdzie co do czego (czyli kiedy potrzebuje pomocy) nagle sobie przypomina o Agacie. Oprócz nich, w czasie całej powieści poznajemy z 30 innych osób. Uczniowie, nauczyciele i tajemniczy Dyrektor Akademii.

Chcę jakże wspomnieć o oprawie graficznej. Chociaż okładka nie jest nie wiadomo jak piękna, ma tajemniczy i zachęcający klimat. Ilustracje w środku są wprost obłędne. Jedne należą do tych strasznych, inne do uroczych, ale wszystkie są dopracowane w najmniejszych detalach. Na jeden rozdział przypada jeden obrazek uzupełniający całą historię. 

Pomysł jest naprawdę dobry, ale co do wykonania to mogę się doczepić do paru rzeczy. Mam nadzieję, że w drugiej części te rzeczy zostaną naprawione, to naprawdę będę pod wielkim wrażeniem. Mimo mojego narzekania, Akademia Dobra i Zła mi się podobała. Może nie znalazłam tam dokładnie tego, czego oczekiwałam, ale ogólnie rzecz biorąc jestem pozytywnie nastawiona na tą historię, a tobie, Czytelniku, chcę coś przekazać. Nie daj się zwieść pozorom – gdy rozpoczną się pierwsze lekcje, z pewnością się wciągniesz. Jaki jest morał tej bajki? Nie osądzajcie po wyglądzie, bo nie wszystko złote, co się świeci. 





7/10





„A Dobro zawsze zwycięża.”





Akademia Dobra i Zła
Akademia Dobra i Zła | The School for Good and Evil: A World without Princes | The School for Good and Evil: The Last Ever After




Za możliwość odwiedzenia Akademii dziękuję wydawnictwu Jaguar!

sobota, 4 kwietnia 2015

Z punktu widzenia: książka z sensem i bez sensu



Cześć!
Dzisiaj przychodzimy do was z bardzo znanym tematem, czyli książka z sensem i bez sensu.
I jak się domyślacie, wspominamy o Zniszcz ten dziennik ;)

Agnieszka 


Zacznę od tej bez sensu. Moim zdaniem Zniszcz ten dziennik jest niesamowicie dziwną książką. Rozumiem ideę niszczenia go w kreatywny sposób, dzięki czemu pobudzamy wyobraźnię, ale nie wyobrażam sobie, by w ten sposób traktować książkę. Książki powinno się szanować, a nie maltretować. Pomysł mógł być upchnięty w coś w rodzaju zeszytu – tak, jak wydawane są kolorowanki. Widziałam tę pozycję przed i po procesie niszczenia. To, co z niej zostało, było dla mnie zadziwiające. Może dla młodszych ta pozycja jest idealna, ja nie potrafię jej zniszczyć, choć każda strona mnie do tego namawia.

Książką z senesem jest Sekret Milly. Niepozorna, różowa okładka skrywa zaskakującą treść. Na pierwszy rzut oka może wydawać się, że jedynym problemem Milly jest jej kiepski kontakt z siostrą. Jednak nie jest to prawda – czytelnik odkrywa powoli, o co chodzi nastolatce, a im bliżej końca, tym większe zaskoczenie. Autorka ukryła w swojej powieści trudny temat utraty bliskiej osoby, nieradzenia sobie z żałobą. A wszystko to opowiada mała, dorastająca dziewczynka, która musi stawić czoła problemom swojego wieku. Dzięki tej pozycji możemy zobaczyć, że także młodzi ludzie bardzo przeżywają śmierć bliskich, a ich psychika cierpi często tak samo jak dorosłych – żałoba nie zależy od wieku. 


Sophie 


Zgadzam się z Agnieszką. Zniszcz ten dziennik naprawdę jest pozycją dziwną. Mimo tego, że mam go u siebie i powinnam go niszczyć, ja go ozdabiam różnymi rysunkami. I w ten sposób kreatywnie go niszczę. Dobry sposób, żeby pobudzić wyobraźnię, ale tylko dla osób które naprawdę tą wyobraźnię mają. Wiem, to co piszę jest trochę sprzeczne. Książka bez sensu – dla mnie idealny odstresowywacz.

Może to co teraz wam przedstawię nie będzie kreatywne, ale… książką z sensem jest Gwiazd naszych wina. Powieść Johna Greena porusza różne ważne tematy, takie jak rak, problemy z dogadaniem się ze społeczeństwem, odosobnienie. Czytając tą pozycję, Czytelnik z czasem oswaja się z tą trudną sytuacją. Lecz nagle w pewnym momencie Czytelnik zostaje wciągnięty w wir wydarzeń i wszystko odczuwa trzy razy bardziej. Nadal trochę ciężko mi się po niej pozbierać. 


A jakie są wasze przykłady takich książek? :)



Agnieszka
Sophie Carmen

czwartek, 2 kwietnia 2015

Przedpremierowo: J.D. Horn - Ród


Savannah od zawsze jest znane jako miasto czarownic. Taka opina rozsławiła się dzięki właśnie twojej rodzinie. Całej rodzinie, tylko nie tobie. Los chciał, że moc otrzymał twój brat bliźniak, a ty zostałeś bez niczego. Zostałeś Rozczarowaniem. Cała rodzina wstydzi się tego, że pośród nich jest osoba niemagiczna. Przynajmniej takie odnosisz wrażenie. Oczywiście wiesz, że cię kochają, ale jednak są zawiedzeni, że nie jesteś taki jak twój perfekcyjny bliźniak. Nie jesteś piękny, inteligentny i miły. A przede wszystkim, nie jesteś magiczny. Nie należysz do ich świata.


Savannah, piękne miasto o barwnej historii, pod urokliwą fasadą kryje mroczne tajemnice. Jego mieszkańcy parają się hoodoo – niebezpiecznym rodzajem magii. Mercy Taylor doskonale zna miejscowe sekrety, bo wychowała się w rodzinie najpotężniejszych czarownic amerykańskiego Południa. Sama  nie posiada żadnych talentów, ale nie martwi jej to specjalnie aż do momentu, w którym w wyniku tragicznych wydarzeń umiera głowa jej rodziny. Nagle ktoś musi powstrzymać zło, które, dotąd kontrolowane przez czarownice z rodu Taylor, zaczyna wydostawać się na powierzchnię. I okazuje się, że to od Mercy będą zależały losy całego rodu... i być może miasta.


Wbrew wszystkiemu  ostatnimi czasy temat czarownic, czarodziejek i wiedźm jest poruszany w książkach bardzo rzadko. Przynajmniej w tych, które są wydawane w Polsce. A szkoda, bo to jest naprawdę ciekawy temat, który można rozwinąć w zupełnie różnych kierunkach. Więc gdy tylko usłyszałam o planach wydania tej książki w naszym ojczystym języku oczy mi się zaświeciły. Odkąd pamiętam, uwielbiałam bajki z czarodziejkami pod każdą postacią. Mogła to być wróżka, która posługiwała się magią lub czarownica z domku z piernika. Mniejsza z tym. Już po pierwszych zdaniach opisu powieści wiedziałam, że to będzie to. Tego właśnie mi brakowało. I znalazłam dokładnie to, czego szukałam od dawna.


W sumie obawiałam się, że książka jest autorstwa mężczyzny. Przecież wiadomo, że książka spod pióra płci męskiej czytana  z perspektywy kobiety to dwa różne punkty widzenia tych samych historii. Ale w tym wypadku, mamy w ogóle inną sprawę. J.D. Horn pisze bardzo lekkim i przyjemnym językiem. Dowód? Ogólnie bardzo nie lubię czytać na tablecie czy telefonie, bo mam taki problem, że po przeczytaniu zdania od razu je zapominam – po prostu nie potrafię się skupić. I w końcu wiadomo, że trzymanie w ręce egzemplarza w wydaniu papierowym jest zupełnie inną sprawą, niż czytanie z jakiegoś cieniutkiego urządzenia. Wróćmy do tematu. Książkę która ma 330 stron przeczytałam na tablecie w jeden dzień. Czekaj. Ja tego nie przeczytałam. Ja to „pożarłam” i czuję duży niedosyt.


Ród pod względem bohaterów jest tak zawiły jak labirynt. W pewnym momencie się w tym wszystkim pogubiłam, bo nagle pojawiło się z ponad 10 nowych postaci i zorientowanie się w tym wszystkim graniczyło z cudem, ale w końcu się udało. Główni bohaterowie są dobrze wykreowani, co jest wielkim plusem. A na przykład postacie drugoplanowe są już mniej szczegółowo przedstawianie, a jednak nadal na tyle wyraźne, że można się w nich zorientować. Jeśli ktoś mnie zapyta o ulubioną postać z Rodu, bez większego zastanowienia od razu odpowiem – Oliver, czyli wujek Mercy. Niezwykle sympatyczny i troskliwy, a jednak ma w sobie to „coś”. Są dwie rzeczy które mnie zdenerwowały. Pierwszą jest „prawie-że” trójkąt miłosny który strasznie denerwuje czytelnika. Drugą i ostatnią rzeczą są cały czas powtarzające się wątki. Ale to tylko do pewnego momentu. Jednak nie można tego uznać za aż tak wielkie błędy, a raczej jako potknięcia początkującego pisarza.


Książka pod patronatem Boook Reviews
Pierwszy tom serii Wiedźmy z Savannah, czyli Ród jest tak bardzo porywający, że za oknem może być burza śnieżna czy przejść tornado, a Czytelnik nawet tego nie zauważy. Książka idealna na pochmurne wieczory, albo w sam raz na długą podróż. Jest tylko jedna sprawa. Radzę ci, Czytelniku, upewnić się, że na dzień następny nie masz zaplanowanych żadnych ważnych rzeczy. Jeśli masz – nie sięgaj po Ród, bo będziesz miał poważne problemy z powrotem na ziemię.






9/10






„Trzeba podjąć decyzję i za każdym razem, gdy zło wyrządzone ci przez daną osobę wraca, starać się koncentrować na jej zaletach.”



Wiedźmy z Savannah 
Ród | The Source | The Void



PREMIERA 22 KWIETNIA!
 

Za możliwość poznania rodziny Taylorów dziękuję wydawnictwu Feeria!