Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Green. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą John Green. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 listopada 2014

Przedpremierowo: M. Jonhson, J. Green & L. Myracle - W śnieżną noc



Właśnie są święta Bożego Narodzenia, a ty siedzisz w pociągu i jedziesz do swoich dziadków. Za oknami jest ciemno, a niektóre zaspy sięgają nawet metra. Śnieg powoli sypie się z nieba, robiąc świat biały. Nagle pociąg się zatrzymuje a światło gaśnie. Słyszysz przeraźliwe krzyki nieznośnych dziewczyn „poponiar”. Lampy mrugają, aż w końcu się zapalają. Z głośników wydobywa się głos. Ugrzęźliście w śniegu.
Punktem wyjścia jest burza śnieżna, która w Wigilię kompletnie zasypuje miasteczko Gracetown. Na pocztówkach wygląda to zwykle malowniczo, ale w rzeczywistości bardzo komplikuje życie. I na pewno nikt nie spodziewa się, że przedzieranie się przez zaspy samochodem rodziców, nieplanowana kąpiel w przeręblu albo nieprzyzwoicie wczesna zmiana w Starbucksie mogą prowadzić do odnalezienia miłości. Jednak  w śnieżną noc, kiedy działa magia świąt, zdarzyć może się wszystko…


John Green to bardzo znany pisarz. Zarówno za granicą jak i u nas. Napisał między innymi Gwiazd naszych wina oraz 19 razy Kathernie. Gdy dowiedziałam się, że w Polsce wyjdzie zbiór trzech świątecznych opowiadań (w tym jedno jest Zielonego) wiedziałam, że będę musiała to przeczytać. Nie tylko dlatego, że jest tam to znane nazwisko, ale też po to, aby wprowadzić się w świąteczny nastrój. Mniejsza z tym, że pozostało jeszcze pięć tygodni do świąt. Trochę powspominać minione  lata i przygotować się na te święta nikomu nie zaszkodzi. Zwłaszcza, jeśli chodzi tu o czytanie tak niesamowitej książki, jaką jest W śnieżną noc.

Tak jak wspominałam wcześniej są tutaj trzy opowiadania. Jedno jest autorstwa Maureen Jonhson o której chcę z wami porozmawiać. Moją pierwszą myślą było (tak samo jak w przypadku Lauren Myracle) „kto to kurczę jest?!”.  Zadałam to pytanie wujkowi Google i dowiedziałam się, że za granicą, ma wydanych ok. 20 książek. I tylko jedną po polsku, wydaną siedem lat temu. Wygląda na to, że jest poczytną autorką, więc trzeba przekonać  się, dlaczego tak jest, prawda? Po przeczytaniu pierwszego opowiadania, tego które jest autorstwa Maureen Johnson, byłam zaskoczona i wniebowzięta. Maureen ma lekki, plastyczny i bardzo przyjemny oraz zabawny  język, co jest tylko i wyłącznie plusem. Akcja jest płynna i pomysłowa, chociaż nie do końca prawdopodobna. Jeśli podaje nam nazwy, których raczej znać nie będziemy, mamy wytłumaczone co to jest, ale nie w przypisie, tylko tak po prostu, w historii. Pierwsze opowiadanie mogę podsumować jako to romantyczne.

John Green jak to Green musiał popisać się swoim poczuciem humoru i jego historia jest tą najśmieszniejszą. Akcja dzieje się na przestrzeni zaledwie 100 stron z hakiem, więc nadal trudno mi uwierzyć, że to wszystko dzieje się w jedną noc. Wszystko czyta się szybko i bez problemu. Drugie opowiadanie mogę podsumować jako to zabawne.
Pewnie myślicie, że Lauren Myracle też będę tak bardzo wychwalać? Mylicie się. Każdy z wyżej wymienionych autorów ma coś niepowtarzalnego w swoim stylu, a Lauren pisze tak jak wszyscy. Niestety, nie ma w niej nic niezwykłego. Co jednak nie zmienia faktu, że ostatnia historia nie jest ciekawa. Jak najbardziej jest, ale także chyba opowiadanie jest najsłabsze. Trzecie opowiadanie mogę podsumować jako to z morałem i łączące wszystko.


Bohaterowie są barwni i charyzmatyczni, a także powiązani ze sobą w jakiś sposób. Wolę nie pisać żadnych szczegółów o bohaterach, bo zajęłoby to mi następną całą stronę. Ale są oni jak najbardziej na plus. Chcę za to trochę wspomnieć o oprawie książki, gdyż jest ona prześliczna. Wszystkie książki opatrzone nazwiskiem Zielonego i wydane w Polsce mają urocze okładki, ale ta zdecydowanie jest najlepsza.


Nie masz co robić w długie wieczory poprzedzające święta Bożego Narodzenia? W takim razie wpełznij pod koc, z ciepłą herbatą w jednej ręce i W śnieżną noc w drugiej i zaczytaj się w tych ciekawych, zabawnych oraz życiowych opowiadaniach.






8/10








„Było mi niemal przyjemnie, bo choć życie jest podłe, przynajmniej istnieje dobra muzyka”





 PREMIERA 19 LISTOPADA!






Za możliwość spędzenia śnieżnej nocy wraz z bohaterami dziękuję wydawnictwu Bukowy Las!

środa, 24 września 2014

John Green - 19 razy Kathernie



Katherine V uważała, że chłopcy są odrażający. Katherine X chciała się tylko przyjaźnić. Katherine XVIII rzuciła go drogą mailową. K-19 złamała mu serce.
Colin Singleton gustuje wyłącznie w dziewczynach o imieniu Katherine. A te zawsze go rzucają. Gwoli ścisłości, stało się tak już dziewiętnaście razy. Ten uwielbiający anagramy, zmęczony życiem cudowny dzieciak wyrusza w podróż po Ameryce ze swoim najlepszym przyjacielem Hassanem, wielbicielem reality show Sędzia Judy. Chłopcy mają w kieszeni dziesięć tysięcy dolarów, goni ich krwiożercza dzika świnia, ale za to nie towarzyszy im żadna Katherine. Colin rozpoczyna pracę nad Teorematem o zasadzie przewidywalności Katherine, za pomocą którego ma nadzieję przepowiedzieć przyszłość każdego związku, pomścić Porzuconych tego świata i w końcu zdobyć tę jedyną. Miłość, przyjaźń oraz martwy austro-węgierski arcyksiążę składają się na prawdziwie wybuchową mieszankę w tej przezabawnej, wielowarstwowej powieści o ponownym odnajdywaniu samego siebie.

19 razy Katherine, to już czwarta książka Johna Greena wydana w Polsce, a także moje trzecie zapoznanie się jego powieścią. I powiem, ci drogi Czytelniku, w sekrecie, że się zawiodłam. Nie dość, że nie ma tu typowego „Green’owskiego” zakończenia to książka opiera się na… matematyce. Tak, nie żartuję sobie. A do tego tak skomplikowanej, że nic nie da się zrozumieć. Mimo tego, że na końcu jest wyjaśnienie tego jak to się stało, to i tak się nie dowiemy niczego nowego. 19 razy Katherine jest z jednej strony bardzo przewidywalną książką a z drugiej oryginalną i zaskakującą. Nieprawdopodobne? A jednak.
               
Mimo tego, że nie ma tu elementów fantastyki, powieść wydaje się niemożliwa. Mieć 19 dziewczyn o imieniu Katherine, w ciągu 18 lat życia. Wyobrażacie to sobie? Chyba niekoniecznie. I to jest nieprawdopobne! Sposób w jaki jest napisana książka jest śmieszny, lekki (nie licząc matematyki!) i przyjemny w odbiorze. Green wtrąca się od czasu do czasu, pisząc nam przypis na dole strony do różnych rzeczy. Do tego co się dzieje z Hassanem, o czym myśli Colin. W niektórych momentach jest także opowiedziane jak to  było z Katherine I, Katherine 5 czy Katherine VIII, za co jestem wdzięczna autorowi, bo dzięki temu można się dowiedzieć jak to jest, że Colin jest teraz w tym miejscu, a nie w innym i co go doprowadziło do takiego stanu.

Bohaterowie są postaciami barwnymi, to na pewno. Colin jest geniuszem/cudownym dzieckiem, ma jednego przyjaciela i zupełnie w siebie nie wierzy. Przez większą część powieści nie robi nic innego tylko użala się nad sobą. Hassan, jego energiczny przyjaciel który nie chce za nic w świecie zapisać się na studia, jest postacią wesołą która nawet w najgorszym momencie potrafi rozbawić Czytelnika.

Zauważyłam, że wszystkie książki Johna Greena mają wspólną cechę na okładkach. Wszystkie są utrzymane w jednej kolorystce. Gwiazd naszych wina jest niebieskie, Szukając Alaski pomarańczowe, Papierowe miasta różowe a 19 razy Katherine zielone. Okładka jest intrygująca i zdecydowanie przemawia na korzyść książki.

Powiem tak: dobry pomysł, ale niedokończony. John mógł się odrobinę bardziej postarać, ale nie uważam tej książki za gniot. Co to, to nie. Jestem na tak, i polecam tą powieść wszystkim którzy lubią niezobowiązujące lektury no i oczywiście Greena!





7/10





„Książki to notoryczni Porzucani: gdy je odkładasz, mogą na ciebie czekać wiecznie, a gdy poświęcisz im uwagę, zawsze odwzajemniają twoją miłość.”





Za możliwość wyruszenia w wycieczkę z Colinem i Hassanem dziękuję wydawnictwu Bukowy Las!

czwartek, 27 marca 2014

John Green - Gwiazd naszych wina



Gdyby pech przybrałby jakiś kształt, czym by się stał? Jedynką w dzienniku? Utratą ulubionych butów? A może rakiem płuc? Tak, to ostatnie jest dość prawdopodobne. I gdyby się okazało, że masz jeszcze sama nie wiesz ile czasu, i kiedy to nadejdzie? Rak, to choroba niestety nie uleczalna, aczkolwiek zobaczymy co przyniesie przyszłość. Co byś począł w takiej sytuacji, drogi Czytelniku? Właśnie. Najlepszy wybór to starać się żyć tak jak kiedyś, chociaż to nie jest do końca możliwe. A może się komuś udało…?

Hazel Grace Lancaster to (prawie) zwyczajna dziewczyna. Gdyby nie to , że choruje na raka z przerzutami do płuc. Jej nieodłącznym towarzyszem jest butla z tlenem którą nazwała Philip. Dziewczyna od trzech lat nie chodzi do szkoły, a wolny czas spędza na  czytaniu, zresztą po raz kolejny Ciosu udręki i oglądaniu America'sNext Top Model. Dzięki nowemu lekowi, Phanlanxiforowi, Hazel „dostała” jeszcze trochę czasu, jednak jest boleśnie świadoma tego, że   ten moment nadejdzie prędzej czy później. Gdy na spotkaniu grupy wsparcia w Dosłownym Sercu Jezusa poznaje ona Augustusa Watersa, jej życie staje się zupełnie inne. Po dłuższym czasie nastolatkowie znajdują wspólny język. Czy to będzie coś więcej?

Nigdy nie czytałam książki, gdzie któryś z głównych bohaterów był na coś chory (może to dlatego, że rzadko czytam literaturę młodzieżową, gdzie nie ma ani grama fantastyki), więc trochę się obawiałam. W ogóle nie przepadam za takim rodzajem książek. Ale ten pierwszy raz musi być, a jeśli to jest książka Greena, to warto spróbować. Tyle pozytywnych opinii, i zachwytów, więc nadszedł czas, aby wyrobić sobie własną opinię. Gwiazd naszych wina, to prezent urodzinowy, który jak zobaczyłam, to aż mi się oczy zaświeciły. Więc gdy tylko skończyłam aktualnie czytaną pozycję, na pierwszy ogień poszła właśnie książka Johna. Spodziewałam się powieści, która przedstawiała by monolog szesnastoletniej dziewczyny chorującej na raka. Zaskoczyłam się jednak pozytywnie.

To w jaki sposób autor manipuluje czytelnikiem jest zachwycający. Zwodzi nas za nos, gdy rozwiązanie mamy przed oczami. I to co wyczynia jest… nie do opisania. Kończąc Gwiazd naszych wina, z jednej strony przeklinałam Greena, z drugiej ubóstwiałam za takie dzieło. Która z tych emocji była poprawna? Nie wiem. Do tej pory nie potrafię zrozumieć co się ze mną dzieje. Język którym posługuje się autor, całkowicie wprowadza cię w świat powieści. Wszystko tak jak w Szukając Alaski jest do bólu realne, co jest nie do pojęcia. Od jego pierwszej książki, jego kunszt pisarski poprawił się niesamowicie. Green ukazuje, że trzeba liczyć się z każdym dniem, i czerpać z niego przyjemność.

W Gwiazd naszych wina znalazłam kolejne podobieństwo do jego pierwszej książki. Mianowicie to bohaterzy. Hazel jest (tak samo jak Miles) zaradna i inteligenta, zaś Augustus jest opiekuńczy, zabawny i na swój sposób mądry chociaż aż tak tego nie ukazuje. Znalazłam także kilka podobnych rzeczy jeśli chodzi o postacie drugoplanowe, ale nie chcę wam przez przypadek czegoś zdradzić. Bohaterzy są kolorowi, wyjątkowi i posiadający jakąś przeszłość. Tak jak z początku można uznać, że nic nie wiemy o Hazel, okazuje się, że John Green stopniowo nas z nią zapoznaje, co sprawia, że bardziej wczuwamy się w jej sytuacje. 

Pod względem graficznym, jest to prawie najlepsze wydanie. Jeśli posiadasz wszystkie trzy książki które się ukazały, razem będą się pięknie prezentować. I chciałabym przypomnieć (albo powiadomić) że już w czerwcu nowa książka spod pióra tego autora nosząca wdzięczny tytuł 19 razy Kathernie.

Gwiazd naszych wina to książka która złamała moje serce i skleiła je na nowo. Wszystko jest idealnie, i pozostaje mi innym pisarzom życzyć takie zapału, i „niezwykłości” jaką posiada John Green. Myślisz, że to nie jest książka dla ciebie? Nic bardziej mylnego! To jest powieść, z którą powinien zapoznać się każdy, tak samo jak w przypadku Harrego Pottera.






10/10





„ - Może „okay” będzie naszym „zawsze”?
- Okay”.

poniedziałek, 30 grudnia 2013

John Green - Szukając Alaski



"Tak mamo. Też będę tęsknić" odpowiadasz, i wnosisz ostatnie kartonowe pudło do pokoju. Twojego współlokatora jeszcze nie ma, wiec postanawiasz od razu się wypakować. Pokój nie jest zbyt duży. Jedno dwupiętrowe łóżko, półka, dwie wcale nie takie pojemne komody i biurko. Wyciągasz jedną książkę za drugą, układając je w zgrabny stos. Na drugi ogień idą ubrania. Najpierw sortujesz wszystko z swojej torby, przy okazji robiąc spory bałagan. Ciuchy wkładasz do komody, a koszule wieszasz na wieszaku. Na marne próbujesz doszukać się szafy, której nie ma, więc postanawiasz, że koszule wylądują na koszulkach.  

Życie nastoletniego Milesa Haltera było totalną nudą aż do dnia, w którym zaczął się uczyć w równie nudnym internacie - Culver Creek. Tam poznał Alaskę Young. Piękną, mądrą, zabawną i fascynującą, która na dobre skradła mu serce. Alaska owinęła sobie Milesa wokół palca, wprowadzając go w tajemniczy i dziwny świat. Jej świat. Czy dzięki niej chłopak odnajdzie to czego szuka? Czy odnajdzie Wielkie Być Może?

OSTRZEGAM, ŻE RECENZJA JEST NIESKŁADNA, PONIEWAŻ NIE UMIEM OPANOWAĆ MYŚLI PO TEJ LEKTURZE. 

Jeśli mam być szczera, to ro tej moje pierwsze spotkanie z John’em Green’em. Z jednej strony cieszę się, że tą pozycję przeczytałam jako pierwszą, ponieważ jakby nie było, to jest jego pierwsza książka (2005 rok), a z drugiej trochę zasmucona, ponieważ kilka osób powtarzało mi, że warto zacząć od „Gwiazd naszych wina”, których swoją drogą nie posiadam. Ale tak, przynajmniej będę w stanie powiedzieć jak warsztat pisarski Greena polepsza się z każdą chwilą, co i tak można zauważyć w Szukając Alaski. Jak powieść z strony na stronę robi się lepsza, tak jakby autor w chwili pisania yej powieści ciągle się uczył, i uczył, co na swój sposób jest dobre.

Po 1. Książka jest podzielona na dwie części: „PRZED” i „PO”. Ile razy się zastanawiałam co to oznacza… Ile razy korciło mnie, żebym przewróciła te kartki, i dowiedziała się do jakiego wydarzenia dążymy… Po 2. Pierwsze słowo jako przyszło mi na myśl po skończeniu książki to „WOW!”. Jest ona wyjątkowa, mimo tego, że niekiedy jest przewidywalna. Okropnie. Jednak, jest to książka pisana z pasją, i zapałem. I w dodatku do bólu realna. A historia zachwyca, ale i rani serce w niektórych momentach. Może jest odrobinę podkoloryzowana, ale jednak prawdziwa. Nie wiem co o niej sądzić. Z jednej strony ją kocham, a z drugiej nienawidzę.

Bohaterzy. Rzadko się zdarza, że są oni bardzo dobrzy, albo chociaż dobrzy. W Szukając Alaski, zdecydowanie bohaterzy są wielkim plusem. Są oni kolorowi, i porządnie ucharakteryzowani. Nie są idealni, ale jak wiemy nikt taki nie jest. Znamy ich charakter, wygląd... Wszystko co musimy wiedzieć. A na dodatek (i szczęście) nie jest tak, że autor zwrócił większą uwagę na otoczenie, niż na bohaterów, lub na odwrót, lecz wszystko jest dopracowane z każdym calu.

Szukając Alaski, jest jedną z lepszych książek jakie do tej pory czytałam. Przyznam się, że uroniłam łezkę lub dwie, ale jest to całkowicie uzasadnione. Musicie to wpisać na listę swoich lektur obowiązkowych!




9/10



„Gdyby ludzie byli deszczem, to ja byłbym mżawką, a ona huraganową ulewą.”


Za poznanie Kluchy, Takumiego, Pułkowinka i Alaski dziękuję wydawnictwu Bukowy Las!